Jesień przynosi nieśmiertelnie nowe początki. Wskakuję na bombę do basenu pełnego zgniłych liści i jest moc. Przynajmniej na razie, póki jeszcze nie zamarzły mi szyby. Wtedy jest gorzej. Jesień jest wyjątkowa. Wydaje mi się, że teraz najmocniej czuję, więcej widzę i najbardziej chce mi się oddychać.
Tak więc mam nowe okno i nowy pokój w jednym z podobnych wieżowców, w jednym z podobnych do siebie brudnych, polskich miast. Ów wspaniały dobytek i postkomunistyczna chwała stoi samotnie w towarzystwie skromniejszych kamieniczek, kościołów i brukowanych ulic. Szóste piętro, a na nim mieszkanie niczym leśna chatka wyłożone całe boazerią - wewnątrz brud i pełno staroci. Chciałam stąd uciec zanim wprowadziłam się ze zdjęciem Matek, książką o Fridzie i moją małą gitarą, ale mam tu jednak namiastkę azylu z oknem bez firanek i mogę nocą patrzeć na gwiazdy nie wystawiając nosa zza drzwi. W obskurnej łazience suszą się męskie koszule, w kuchni nieustannie czeka na umycie stos brudnych garów, a ja jak kot przemykam między nimi i zamykam się u siebie, nie zwracając zbytnio uwagi na ten świat mikroorganizmów.
Choć powinnam nienawidzić moich współlokatorów za bałaganiarstwo, typowo męskie zwyczaje i koszmarne poczucie humoru, mam jednak całkiem dobre towarzystwo w rytmie codziennej rutyny szybkich poranków i leniwych wieczorów. Nie czuję się tak przeraźliwie samotna i rozgoryczona jak w poprzednim przybytku. Byłoby to wszystko miłe i proste, gdyby nie to, że zjawiłam się tu jak dziki ptak, zdążyłam zatrzepotać skrzydłami i spadł na nich pęk moich piór. Nie jest dobrze dawać komuś obcemu taki skarb, tak więc zamiotłam je wszystkie, zapakowałam cierpliwie i szczelnie i już nie będę, obiecałam to sobie. Niedługo będę chciała stąd odejść i znów trzeba będzie oswoić nowe miejsce. To miejsce w tak krótkim czasie widziało zbyt dużo moich łez i krwi, ekscytacji i żalu.
Zmieniło się we mnie dużo. Jestem kimś innym niż parę chwil temu.W trakcie tego przejścia umierałam z przerażenia, wiem jednak, że kiedyś będę najlepsza i nie mogę sobie pozwolić na słabość. Nadal się boję, ale postanowiłam żyć, jak gdyby nigdy nic. Jakby nic mnie nie bolało, jakbym nie chciała innego życia, niż to, które teraz toczę. Jakby ludzie nic dla mnie nie znaczyli. Dopasowuję się. Dojrzewam. Zdałam sobie sprawę z brutalności świata. I najstraszniejsze jest to, że nic nie mogę zrobić. Moja niewinność umarła, została mi odebrana, choć długo się broniłam i długo oswajałam się z tym faktem.
Jestem jednak supermenką i wiem, że najważniejsze co mam, to wrażliwość, a jej nikt mi nie odbierze. Zasypiam spokojnie tylko dzięki temu, że karmię się tym, co znajdę na mieście, jak bezdomny kot. Rozczulam się chmurami, staruszkami, dziećmi, które bawią się na podwórkach, tym co zobaczę w witrynie. Zakładam na uszy słuchawki, odpalam papierosa i brnę dalej.
Chciałabym znaleźć dom, ale obawiam się, że jest daleko i muszę to wszystko przeżyć, żeby go w końcu spotkać. Mam przed sobą światło w tunelu - dużo ekscytujących wyzwań, spotkań, zadań, które na mnie czekają. Tego się trzymam jak tonący brzytwy. Nie utonę.